sobota, 26 października 2013

"All these Voices in my head..." Part II


                           II     



  
   To był spokojny wtorkowy wieczór. Właśnie – był. Jak zwykle we wtorki o tej godzinie, kończyłem właśnie nocną zmianę. Wracałem z ostatniego kursu i spojrzałem na specjalne urządzenie zainstalowane przy mojej desce rozdzielczej.
-Żadnych nowych wezwań- powiedziałem do siebie- Mogę jechać do domu- włożyłem do stacji płytę The Misfits i rozkoszowałem się mocnymi brzmieniami Heleny.
   Jechałem, nucąc pod nosem, zupełnie nieoświetloną, zalesioną drogą. Praca taksówkarza jest nawet okay – moje warunki. Już miałem skręcić, kiedy niespodziewanie na jezdnię wpadło coś rozpędzonego. Zahamowałem gwałtownie, co niewiele pomogło, gdyż i tak doszło do stłuczki. Wyszedłem – na szczęście, bez szwanku – z samochodu, by sprawdzić czy owe „coś” żyje. Wziąłem ze sobą latarkę i zacząłem świecić. W odległości kilku kroków od auta leżał…
-Człowiek- szepnąłem i zasłoniłem ręką usta.
Podszedłem bliżej, a moim oczom ukazał się mały, skulony w kłębek chłopak. Bałem się go ruszyć, aby nie zrobić mu krzywdy. Wyglądał na tak kruchego. Nagle, chłopak poruszył się i stęknął. Klęknąłem nad nim i delikatnie ująłem jego twarz w dłonie, po czym odwróciłem w moją stronę.
-Halo? Nic ci nie jest?- spytałem i klepnąłem go parę razy po policzkach. Chłopak jęknął, a jego powieki drgnęły- Hej, mały! Otwórz oczy. Słyszysz mnie? Nie zasypiaj- otworzył oczy i tępo patrzył na moją osobę.
-Co…- wybełkotał- Gdzie…
-Słyszysz mnie?- kiwnął głową- Spokojnie. Jesteśmy niemalże w lesie, doszło do wypadku. Pamiętasz coś?- kiwnął przecząco głową- Możesz wstać?
-Ała!- pisknął, kiedy próbowałem opleść rękoma jego talię.
-Zaczekaj chwilę, nie zasypiaj- pobiegłem do samochodu po komórkę- Nie ma zasięgu, cholera!- krzyknąłem.
Wróciłem do poszkodowanego i wziąłem go na ręce najdelikatniej jak tylko potrafiłem, mimo jego protestów.
-Zostaw, puść mnie!
-Zabiorę cię do szpitala- wsadziłem chłopaka na tylne siedzenie taksówki.
Dopiero w świetle lampki dostrzegłem, że z jego prawego boku sączy się krew. Wyjąłem ze schowka apteczkę i wykonałem prowizoryczny opatrunek uciskowy, który owinąłem wokół pasa rannego.
-Trzymaj tutaj mocno i nie puszczaj- poinstruowałem.
Zaraz potem siadłem za kierownicę i ruszyłem szybko w stronę miasta. Pomyślałem, że najlepiej w tym momencie jest mówić do rannego:
-Hej, mały! Trzymaj się, zaraz będziemy w szpitalu…
-Co? Nie! Tylko nie do szpitala!- krzyknął przerażony.
-Jesteś ofiarą wypadku, krwawisz, musi obejrzeć się lekarz. Boli cię coś jeszcze?
-Nie, naprawdę, wszystko dobrze…
-No nie wiem i tak jedziemy.
-Ale…
-Bez dyskusji!- powiedziałem twardo. Resztę podróży odbyliśmy w milczeniu.

   Dojechaliśmy do szpitala około godziny 23:00. Sprawnie przeniosłem bruneta z taksówki do budynku, gdyż był niewiarygodnie lekki.
-Dobry wieczór! Mamy tu rannego w wypadku samochodowym. Halo?! Pomocy!- krzyknąłem.
Stan chłopaka gwałtownie się pogorszył. Majaczył coś bez ładu i składu, niemal mdlał w moich ramionach. Po kilku minutach w hallu pojawił się lekarz i sztab pielęgniarek, którzy odpowiednio zajęli się chłopakiem.
-Przepraszam pana- usłyszałem kobiecy głos.
-Tak?
-Musi pan wypełnić ten formularz- ręczyła mi dwie kartki spięte ze sobą zszywaczem. Usiadłem w poczekalni z długopisem w ręce i zacząłem czytać.
-„IMIĘ”- przeczytałem- Rany boskie, przecież ja nie znam jego imienia. Nie wypełnię tego, przykro mi. Nie znam tego człowieka, po prostu wyskoczył mi znienacka na drogę- oddałem recepcjonistce arkusz w geście bezradności.
Zobaczyłem maszynę z kawą w rogu hallu i kupiłem tam jedną. Czekałem ze zniecierpliwieniem na jakiegoś doktora, który wyjdzie i poinformuje mnie o stanie chłopaka. Mijały kolejne minuty, które zdawały się być godzinami. W końcu, z sali wyszedł szerokiej postury lekarz i lekko zachrypniętym głosem powiedział:
-Wszystko jest w normie. Udało nam się zatamować krwotok i zaszyć ranę. Obyło się bez poważnych urazów narządów wewnętrznych.
-Och, jaka ulga- odetchnąłem- Czy ja mogę go odwiedzić?- spytałem niepewnie, chociaż nie powinienem był tego robić. Najważniejsze, że jego stan był dobry. Mogłem już jechać do domu. Jednak coś podpowiadało mi, abym tam wszedł.
-Jest jeszcze osłabiony, doznał poważnego wyziębienia. Może pan jednak go odwiedzić, ale nie za długo.
-Dziękuję, panie doktorze- odpowiedziałem i wszedłem do małej, białej sali.

   W łóżku leżał chłopak. Jego krucha, niska sylwetka i delikatne rysy twarzy dodawały mu młodzieńczego uroku. Jak na moje oko wyglądał na nie więcej niż 20 lat. Miał średniej długości, czarne włosy i miodowe oczy, które idealnie komponowały się z jego porcelanową cerą. Wyglądał na sympatycznego chłopca, tylko co też on robił sam na leśnej drodze?
   Usiadłem na krześle naprzeciw łóżka i zmierzyłem chłopaka badawczym spojrzeniem.
-Hej- w końcu się odważyłem- Pamiętasz mnie? Przywiozłem cię tutaj. Wypadek mieliśmy i tego… Dobrze się już czujesz?- nieznajomy tylko kiwnął głową- Mam na imię Gerard. Może to nie najlepsza chwila na nawiązywanie kontaktu…- urwałem- Chciałbym, abyś wiedział, że jestem gotów ponieść konsekwencje i zapłacić odszkodowanie, jeśli sobie tego życzysz. Powiesz coś?- patrzyłem na jego tęczówki błędnie wpatrujące się w białą niczym śnieg kołdrę- Powiesz chociaż jak masz na imię? Nie? Cóż… Trudno, nie będę cię już dłużej męczył- wstałem i wyciągnąłem z kieszeni drobną wizytówkę, po czym podałem ją chłopakowi- Jakby co, to śmiało dzwoń. Ustalimy wszystko. Jeszcze raz bardzo pana przepraszam i życzę szybkiego powrotu do zdrowia- wyszedłem z sali- Nawet mi nie odpowiedział! Może to szok? Doprawdy… Zaskakujący dziś dzień- powiedziałem do siebie cicho, wychodząc z budynku szpitalu z zamiarem szybkiego powrotu do swojego domu.


                       †  †  †  †


    Obudziłem się w jasnym pomieszczeniu. Moją uwagę przykuły duże okna, przez które można było podziwiać piękno krajobrazu. Chciałem wstać i podejść bliżej. Nagle, przeszył mnie ból w prawym boku, tuż pod żebrami. Postanowiłem nie ruszać się zbytnio. Byłem w szpitalu- rzecz pewna. Zostałem poszkodowany w wypadku i ktoś mnie tu przywiózł. Tylko kto? Karetka? Spojrzałem na skrawek papieru leżący na szafie koło mojego łóżka. Chwyciłem wizytówkę i przeczytałem:
                          
                        „Gerard Way – Taxi Driver
                          Postój: Mansion Street 18
                          Tel. Kom. 500 – 321 – 152”


-Taksówkarz?- zdziwiłem się- Hm… Na wszelki wypadek to zachowam…

   Minęły dwie niesamowicie nudne doby. Nadszedł dzień mojego wypisu ze szpitala. Cieszyłem, że nikt nie zadawał mi zbędnych pytań. Wziąłem tylko swoje rzeczy, znaczy się ubrania, które dostałem od miłego 18-stolatka, leżącego obok mnie. Nie miałem własnych, a że akurat pasowały – podziękowałem za szczodrość.

   W końcu wyszedłem ze szpitala. Było około godziny 19:00, a że jesień już powoli daje się we znaki – było ciemno i chłodno. Nie mając zielonego pojęcia, dokąd się udać, włóczyłem się po zupełnie nieznanym mi mieście. Ulice oświetlały małe lampki, wokół dużo ławek i drzew. Puste, ciche spokojne aleje parkowe. No, prawie puste…
-Witaj, Franku! A cóż cię tu sprowadza samego?- odezwał się ktoś.
-Kto tu jest?- wystraszyłem się.
-Zgubił się pewnie, ha ha ha!- przeraźliwy, szyderczy chichot o tonie kobiecym.
-Taki samotny, nie ma swojego miejsca, narażony na niebezpieczeństwo…- tym razem jeszcze inny, trzeci nieznany mi dotąd głos.
-Kim jesteście? Gdzie się ukrywacie? Czego ode mnie chcecie?!- panicznie rozglądałem się na boki, lecz spostrzegłem tylko strasznie wyglądające gałęzie drzew. Jakby szpony, zachłanne ręce, które pragną mnie złapać i udusić.
-Boi się, boi!- znów głośny chichot, reszta zawtórowała.
Nagle, zakręciło mi się w głowie. Zdawało się, że słyszę milion głosów naraz. Począłem uciekać co sił.
-Nie uciekaj! Dopiero przybyliśmy. Nie ładnie to tak, ignorować gości.
-Oj, nie ładnie!
  Skręciłem w lewo, a moim oczom ukazała się tabliczka oczom ukazała się tabliczka z napisem:

                                        
                         „Mansion Street 18”


-I tak nie uciekniesz! Mimo iż będziesz się bardzo starał, nas nie oszukasz. Nie pozbędziesz się!
-I tak cię znajdziemy, więc po co tak gnasz? Franku, czemu nic nie mówisz?- nie słuchałem już dalej.
-Ucieka, patrzcie, ignoruje nas! Bezczelność! Pożałujesz tego! Jesteś żałosny, boisz się…- wsiadłem do pierwszej lepszej czarnej taksówki, zapiąłem pas i krzyknąłem do kierowcy:
-Ruszaj!
-Co do…?
-Gazu!- samochód ruszył z piskiem opon.
-Dokąd jedziemy?
Bez znaczenie, byleby do przodu!
-Słucham?- kierowca odwrócił się twarzą do mnie. Spostrzegłem wtedy, że to nikt inny jak facet, który mnie kilka dni temu potrącił, a potem przywiózł do szpitala. Gerard- Ty?- zdziwił się.
Spuściłem wzrok i się już nie odezwałem. Co chwila tylko odwracałem nerwowo głowę za siebie. W sumie, to nie mam pojęcia, dlaczego. Może chciałem zobaczyć, czy ktoś mnie goni? A może wręcz przeciwnie? Wcale tego nie chciałem. Bądź, co bądź, niczego nie dostrzegłem. Oparłem się łokciem o drzwi samochodu i podziwiałem mknące w zawrotnym tempie  ciemne, miastowe uliczki. Zaczął padać deszcz. Wsłuchiwałem się w równomierne stukanie kropel o szybę. Gerard od czasu do czasu spoglądał na mnie, ale mnie to nie obchodziło. Ma jechać przed siebie i koniec!

    Po kilku minutach spędzonych w ciszy, odetchnąłem normalnie i odprężyłem się. Nic mi już tutaj nie grozi.
-Taki samotny…- przemknęło mi przez głowę.

************************************************ 
Przepraszam za błędnie podaną datę, ale blogger mi szwankuje. -.- Ogarnęłam, że mogę zmieniać ustawienia tylko w weekendy! o.O Za wszelkie utrudnienia przepraszam :) Tak mi się wydaje, że rozdziału będą pojawiać się raczej w soboty lub ewentualnie w niedziele.Następny przewiduję na około sobotę za tydzień, ale... Nigdy nic nie wiadomo ;) Mam nadzieję, że rozdział II się Wam podobał <3
PS Mówiłam Wam już, że mam straszną pamięć? Serio. Także jakbyście mogli mi napisać w komentarzu - bo zapomniałam - kogo mam informować na maila o dodaniu nowych rozdziałów. 

niedziela, 13 października 2013

"All these Voices in my head..." Part I


                                 I



   Powoli zaczynałem wracać do siebie.  Zniknięcie ciemnych, wirujących wkoło plamek sprzed moich oczu pozwoliło mi zorientować się, w jakim pomieszczeniu aktualnie przebywam. Niestety, nie byłem w stanie rozpoznać tego miejsca. Dookoła półmrok, przestarzała biała tapeta, to znaczy- kiedyś była biała, gdyż teraz pożółkła w wielu miejscach i odchodziła od ściany. Przeszyła mnie fala zimna. Spojrzałem w dół- stałem boso na zniszczonych, lodowatych kafelkach. Skierowałem swój wzrok na jedyne, małe okno w tym nieznanym mi pomieszczeniu. Na złość, było usytuowane wysoko, a mój niski wzrost nie pozwolił mi na dosięgnięcie do niego. Jednak wywnioskowałem, że musi być koło południa, gdyż słońce mocno świeci. Nie pamiętam nic z wczorajszej nocy. Nie miałem pojęcia, gdzie i w jakim celu się tu znajduję. Podszedłem do drzwi, pociągnąłem za klamkę- zamknięte od zewnątrz. Żadnego sposobu na szybie wyjście. W środku było zimno, ciemno, ciasno, wilgotno i unosił się zapach jakiegoś środku dezynfekującego. Usiadłem zrezygnowany w kąciku i objąłem sine od chłodu stopy rękoma. Biały „uniform” był zbyt krótki i cienki, by dawać potrzebne uczucie ciepła.
-Co ja teraz zrobię?- histeryzowałem- Jak stąd wyjdę?!- niemal szlochałem.
-Nie płacz…- zachrypnięty szept.
-Kto to powiedział?- zerwałem się na równe nogi.
-Ja. Nie mazgaj się- odpowiedział ten sam głos.
-Gdzie jesteś?- zacząłem obracać się na wszystkie strony, lecz niczego nie dostrzegłem.
-W Twojej głowie, ale mogę też być tutaj…
-Tutaj, czyli gdzie?- spytałem zdziwiony.
-Za Tobą- odwróciłem się nerwowo i spostrzegłem parę dużych, złotych oczu. Zaraz potem zamazane rysy mrocznej postaci. Mrugnąłem – zniknął.
-Jak to?! Kim Ty jesteś?!- krzyknąłem ze strachu.
-Twoim koszmarem…
-Nie, to się nie dzieje naprawdę! Ty nie istniejesz, to tylko wytwór mojej chorej wyobraźni!
-Doprawdy, zadziwiająca teza. Powiedz mi- przerwał- Jesteś pewny, że nie istnieję?- usłyszałem słowa wyszeptane wprost do mojego ucha, jak gdyby stał tuż za mną. Poczułem coś przypominającego kształtem dłoń. Niewyobrażalnie zimną dłoń. Przejechała wzdłuż mojej szyi, a potem zeszła niżej, na plecy. Oblała mnie fala dreszczy, strachu. Sparaliżowany, nie mogąc się ruszyć, trząsłem się.
-Pprzestań…- wyjąkałem. O dziwo, posłuchał. Odczułem jego nieobecność i powróciłem do swojego kąciku. Oparłem się o ścianę i zsunąłem na dół. Skulony w kłębek, ze zszokowaną miną starałem się wytłumaczyć racjonalnie zjawisko sprzed kilku minut.
-Biedny… Zamknięty w ciemnym pomieszczeniu bez wyjścia. Sam na sam z myślami…
-Znowu Ty! Odejdź, zostaw mnie w spokoju!- krzyknąłem. Zamknąłem oczy, zakryłem uszy rękoma i począłem bujać się w przód i tył- Ciebie nie ma, nie istniejesz! To tylko moja wyobraźnia, nie istniejesz…- rozpłakałem się, ale nie przestałem mówić- CIEBIE NIE MA…
-Taki bezbronny, taki słaby…
-Nie słucham Cię! Nie istniejesz!- wybuchnąłem głośnym szlochem.
-Mazgaj!



                             †  †  †  †

    Obudziłem się, leżąc skulony na chłodnej posadzce. Rozejrzałem się dokładnie wokół. Nadal to samo pomieszczenie. Nie wiem, ile czasu spałem, ale pewnie długo. Prze okno wpadał tylko blask księżyca. W ciągu tych wszystkich godzin nikt po mnie nie przyszedł. Trochę się zmartwiłem, bo zawsze jednak ktoś wpadał, chociażby z jedzeniem lub dawką leków. Dzisiaj nic. Dziwne…
-Jak się spało?- usłyszałem kokieteryjny, wysoki głos kobiecy.
-Kto tu jest?
-Dobrze? Nie było za zimno na podłodze?- zachichotała.
-Jest trochę zimno, ale nie narzekam- prychnąłem.
-Długo spałeś.
-Kim jesteś?- spróbowałem znowu.
-Nie poznajesz starej znajomej?- zdziwiła się- Zaraz. Możesz nie poznać, przecież tak rzadko Cię odwiedzałam…- zaśmiała się.
-Możliwe.
-Jestem Nadzieją.
-Gdzie jesteś?
-Wszędzie. Wtedy, kiedy jestem Ci potrzebna.
-A teraz? Jesteś potrzebna?
-Oczywiście.
-Nie widzę Cię…
-Nie ma takiej potrzeby, może kiedyś…
-Co? Nie rozumiem.
-Nie musisz. Jestem bliżej niż myślisz.
-Jestem nieźle popierdolony- mruknąłem do siebie, na co usłyszałem radosny śmiech, jakby dziecka- No i z czego się śmiejesz?
-Z Ciebie.
-Czemu?
-Ot tak, po prostu. Czy zawsze musi być jakiś szczególny powód do radości?
-Nie wiem. Mi, bynajmniej, wcale nie jest do śmiechu. Siedzę zamknięty w jakiejś klitce bez wyjścia, a na dodatek gadam z wyimaginowaną kobietą.
-Nie jestem kobietą, tylko Nadzieją!
-Obojętnie. Jestem po prostu jebnięty. Ciebie nie ma, tak jak nie było tamtego wcześniej!
-Kogo?- zmieniła ton- Był tu ktoś wcześniej?
-No właśnie nie, bo wy nie istniejecie, to wszystko wytwór mojej wybujałej wyobraźni.
-Kto?!- zamarłem.
-Nie wiem… Przedstawił się jako mój koszmar, czy jakoś tak, ale…
-Słuchaj, Frank!
-Skąd znasz moje imię?
-Nie czas na wyjaśnienia! Słuchaj: nadchodzi coś bardzo złego. Możesz wierzyć lub nie…- urwała- Pomogę Ci się stąd wydostać, ale musisz robić wszystko to, co każę.
-Co? Ha ha ha! Żartujesz sobie?! Niby w jaki sposób wyjdę? Zresztą, gadam sam do siebie.
-Jakiś Ty uparty!- burknęła- Sam zdecydujesz. Masz czas do północy, potem nie będzie szansy.
-Czekaj! Skąd będę wiedział, kiedy północ?
-I Czarne Ptaki wzbiją się w niebo, przynosząc wszystkim zgubę- wyśpiewała melodyjnie. Potem wszystko ucichło. Złapałem się za głowę, starając zrozumieć zaistniałą sytuację. O co chodziło? Nie miałem pojęcia. Byłem w kropce.


­                                    †  †  †  †

    Czekałem niecierpliwie, aż ktoś łaskawie po mnie przyjdzie. To trwało stanowczo za długo.
-Czemu nikt, do cholery, nie przychodzi?!
-Nie przyjdą…- odezwał się ktoś.
-Przestań!- nagle usłyszałem przeraźliwy pisk ptaków i chaotyczny trzepot skrzydeł- Północ… Halo?! Nadziejo!- sam nie wiem, czemu krzyknąłem, przecież nie wierzyłem w jej istnienie- Co mam robić? Halo?! Jesteś? Proszę, pomóż mi!- zacząłem panikować.
Wtedy usłyszałem dźwięk przekręcanego klucza i drzwi się otworzyły. Wstałem, by zobaczyć kto przyszedł. Nikogo jednak nie zobaczyłem.
-Co, do…- nie dane mi było skończyć.
-Podążaj za krwią, Frank. Nie odwracaj się za siebie i nie rozmawiaj z nikim po drodze. A! I jeszcze jedno: pod żadnym pozorem nie patrz Im w oczy.
-Czekaj! Im, to znaczy komu?
-Biegnij, Frank! Pamiętaj!- głos ucichł, a ja w przypływie nagłej adrenaliny, ruszyłem pędem przed siebie.
   Wyszedłem z ciemnego pomieszczenia na trochę jaśniejszy korytarz. Nigdy wcześniej nie byłem w tej części budynku. Ściany bladoniebieskie pokryte były czerwonymi śladami dłoni i rozmazanymi napisami. Przeczytałem jeden z nich:
„Był tu. Przyjdzie po wszystkich!”
Następne:
„Pomocy!”
„Piękna jest tylko krew na białym tle”
„Złap mnie, jeśli potrafisz!”
„Jest blisko…”
-Co tu się stało?!- przeraziłem się.
Potem zacząłem szukać jakiegoś śladu. Korytarz oświetlała tylko jedna lampka, która huśtała się na prawo i lewo. Zrobiłem krok do przodu. Bosą stopą wdepnąłem w coś mokrego i lepkiego. Nie chciałem spojrzeć, gdyż domyślałem się, co to, ale to zrobiłem. Właśnie stałem w kałuży intensywnie czerwonej posoki- jeszcze świeżej. Nie miałem żadnych odruchów wymiotnych, ponieważ widok krwi nie był dla mnie niecodziennym zjawiskiem. Odszukałem szlak i bez zastanowienia ruszyłem biegiem za nim. Bez przerwy wydawało mi się, że ktoś za mną biegnie i miałem ogromną chęć obejrzenia się za siebie,
-Nie odwracaj się, Frank!- przestrzegła mnie Nadzieja.
   Mijałem drzwi i skręcałem w ciemne korytarze, zbiegałem ze schodów, nieomal zabijając się o własne nogi. Tak okropnie się bałem. Nagle usłyszałem czyjeś przeraźliwe krzyki. Drogę zagrodziła mi Siostra Marie. Stanąłem w bezruchu. Ręce miała całe we krwi, a centralnie pośrodku jej czoła widniała dziura. Wyciągnęła do mnie rękę i zaczęła coś bełkotać:
-Frank… Po… Ppomóż nam…
-Pomóż nam, Frank! Pomóż!- usłyszałem mnóstwo głosów jednocześnie. Krzyki przepełnione bólem i strachem.
-Nie słuchaj ich! Biegnij!- ponaglała Nadzieja. Nie patrząc kobiecie w oczy, minąłem ją i pobiegłem dalej.
Po drodze widziałem zmasakrowanych ludzi błagających mnie o pomoc. Nie mogłem nic zrobić. Moją uwagę najbardziej przykuło ciało małej dziewczynki zwisające bezwładnie na sznurze przewieszonym przez żyrandol. Nagle poruszyła się. Złapała się kurczowo zakrwawionymi rączkami pętli oplatającej jej szyję. Dusiła się, płakała, krzyczała, aby jej pomóc.
-Ona jeszcze żyje! Mogę jej pomóc!- krzyknąłem bezradnie.
-Nie możesz! Musisz biec dalej!
-Ale…
-Uciekaj!- zachowałem się jak skończony egoista, kiedy wybrałem ucieczkę od pomocy małemu, bezbronnemu dziecku. Znałem ją. Miała na imię Annie. Przywieźli ją zaledwie dwa miesiące temu. Rozmawiała tylko ze mną…
   Mijałem tak te biedne, udręczone dusze jeszcze przez kilka minut, aż dotarłem do upragnionych drzwi wyjściowych. W pośpiechu pociągnąłem za klamkę, ale drzwi ani drgnęły.
-Co jest?!- krzyknąłem zdenerwowany.
-Nie możesz stąd uciec! Twoim przeznaczeniem jest bycie tutaj, z nami, Frank- ktoś złapał mnie za nadgarstek.
-Aa!- pisknąłem z bólu. To Siostra Marie trzymała mnie kurczowo, nie dając szansy na jakikolwiek manewr. Nagle, zawias w drzwiach puścił i drzwi się otworzyły. Wyrwałem się i wybiegłem z budynku, a za mną drzwi na powrót się zatrzasnęły. Ruszyłem pędem przez zaniedbany ogród i znalazłem otwartą już bramę. Wybiegając, rozdarłem koszulę o wystający pręt. Płat białego materiału został tam.
-Dobrze, Frank. Teraz musisz już sobie radzić sam…- wyszeptała, jakby stała obok mnie. Już więcej jej nie usłyszałem…  


piątek, 4 października 2013

"All these Voices in my head..." - Prologue

Oto i upragniony prolog do nowego opowiadania zatytułowanego: "All these Voices in my head". Jest on dedykowany z całego serca dla mojej ukochanej Lack of Sleep, która zmotywowała mnie do porządnego przysiedzenia na dupie i napisania czegoś. Dziękuję! <3 
Jak na razie możecie nie rozumieć tego opowiadania, taki powinien być mój zamysł, ale postaram się wyjaśniać stopniowo fabułę xD Enjoy! :3 
 *****************************************************************

                                                            Prologue

       
   Noc. Pojęcie ogólne. Dla większości jest to po prostu pora, gdy słońce chowa się za horyzont, ustępując miejsca księżycowi i gwiazdom. Najlepiej jest wtedy położyć się we własnym miękkim, ciepłym łóżku i odpocząć po ciężkim dniu. Sen - stan umysłu. Kiedy śpimy nasz organizm regeneruje się, a mózg wyświetla rozmaite fikcyjne obrazy. Najczęściej nasze podświadome pragnienia lub obawy. Książkowa wiedza to za mało. Nie pamiętam już kiedy ostatnio spokojnie przespałem całą noc, to musi być niesamowite uczucie... 
    
  Niezbadane czarne otchłanie. W oddali słychać tylko równomiernie spadające krople deszczu, szum wiatru i nagle stado rozbudzonych ptaków. Zerwały się do lotu jakby czymś przestraszone. To zły znak.
-Co z nim?- usłyszałem troskliwy, kobiecy ton.
-Co ma być? Martwię się- westchnęła druga.
-Coraz gorzej?
-Niestety. Ubzdurał sobie coś o ptakach. Całe dnie spędza w ogrodzie.
-To chyba dobrze, że na świeżym powietrzu.
-Byleby on coś tam robił, ale nic. Siedzi jak kołek i patrzy nieprzytomnie w martwy punkt.
-Nie trzeba było mu dodawać...- urwała.
-Nie będę tego słuchała!
-Cicho, bo wszystkich pobudzisz!- wybiła godzina 3:00 w nocy. Przerażający dźwięk zegara rozbrzmiewał po holu. 
-To chyba czas...
-Tak uważasz? A więc dobrze. Niech Bóg ma go w Swojej opiece...- umilkły. Wtem drzwi się otworzyły, a w nich stanęła ciemna postać. Zakryłem się kołdrą aż po nos. W ręku trzymała niezidentyfikowany przyrząd.
-No, mały. Najwyższy czas- głos przepełniony sztuczną czułością, szyderstwem, jadem. Poczęła zbliżać się w moim kierunku- Nie bój się. Zaboli tylko trochę...

   Noc. Przeraźliwy pisk, chaotyczny trzepot skrzydeł. Krzyk. Nie, zdecydowanie nie jest to pora na odpoczynek.
Noc jest niebezpieczna, a gdy rozum śpi - budzą się demony... 


*****************************************************************
Ach, jak ja dawno nie pisałam. Hmm... Sami oceńcie, jak to wyszło - lepiej niż przed przerwą, czy też gorzej. Informacja o terminie dodania pierwszego rozdziału pojawi się niedługo w zakładce info. 
   

The Big Announcement

 Ogłaszam wszem i wobec, że WRÓCIŁAM! Nie wiem, czy to dobrze, czy wręcz przeciwnie, ale uznałam za stosowne to napisać. Także... Wiem, zostawiłam Was za przeszło 2 miesiące bez niczego. Jestem okrutna, ale naprawdę przez ten okres w moim życiu działo się bardzo dużo rzeczy, które musiałam sobie poukładać. Nadal jest to w pewnym stopniu jeden wielki chaos, ale postanowiłam, że nie będzie się on odbijał Waszym kosztem. Przez ten czas Pan W. prawie całkiem mnie opuścił, a miałam przecież tyle pomysłów. Zebrałam ten najciekawszy do "kupy" i dosłownie parę minut temu napisałam prolog do nowego opowiadania. Zaraz go opublikuję. Rozdziały będę starać się uzupełniać na bieżąco, ponieważ jak na razie mam nowy MAGICZNY ZESZYT, w którym jest tylko owy wstęp. Nie mam żadnego rozdziału gotowego, także z góry przepraszam za opóźnienia. Party postaram się dodawać co tydzień bądź dwa - najodpowiedniejszym dniem jest sobota. Informacje i tak będą pojawiać się regularnie w zakładce info. Za wszelkie utrudnienia przepraszam. 
Teraz śmiało, możecie mnie opieprzyć za taką długą nieobecność, nie obrażę się ^_^
Tymczasem lecę publikować tutaj nowe opowiadanie. 
Bye <3 

sobota, 3 sierpnia 2013

Oneshot


Naprawdę lubię tego shota :3 Może on wydawać się Wam trochę zawiły i niejasny, ale przy głębszym poznaniu, jego przekaz staje się czytelniejszy. A! I jeszcze jedno: radzę uważać na daty ^_^
----------------------------------------------------------------------------------


Would it be the same  if  I never met you?






    Czasami człowiek tak bardzo czegoś żałuje, że zrobiłby dosłownie wszystko, aby móc coś zmienić. Pragnąc cofnąć czas, coraz bardziej zadręczamy się naszymi ludzkimi niedoskonałościami. Każdy jest wadliwy, nie ma ideałów. Wszystkie istoty żywe mają pewne złe nawyki, wady. Niektórzy więcej, inni mniej, ale każdy. Wszyscy coś ukrywamy – zaczynając od tych malutkich kłamstewek w okresie dzieciństwa, kończąc na tych najczarniejszych scenariuszach. Czy zastanawialiście się kiedyś, przechodząc obok nieznajomego na ulicy, jaką miał przeszłość? Co skrywa po maską skupienia i pełnego opanowania? Być może jest to seryjny morderca, gwałciciel, zbiegły kryminalista. Ludzie potrafią bardzo dobrze się kamuflować. Niekiedy są            w stanie tak bardzo nas oszukać, że powierzamy im nasze największe sekrety – stają się dla nas godni zaufania. To jednak wszystko gra pozorów. Trzeba tylko umieć odczytać każdą emocję wyłaniającą się spod codziennej maski. Jeżeli ta umiejętność nie jest odpowiednio doszlifowana, można zastąpić ją inną, przydatniejszą - wtopieniem się w tłum, przystosowaniem się do otoczenia, to zdolność ukrycia swoich przeżyć wewnętrznych w sobie, nie okazywanie jej wrogom. Dlaczego wrogom? Cóż… Nigdy nie wiemy kogo los zechce zesłać nam podczas naszego marnego żywota. Wiem co mówię, bo 4 lata spędzone na froncie oraz wielomiesięczna tułaczka po świecie nauczyła mnie więcej, niż niejeden mógłby się spodziewać.

„Kim jestem?” – spytacie. Hm… Na pozór tak łatwe pytania i odpowiedź jest jasna, lecz trzeba umieć czytać pomiędzy wierszami.

Nazywam się Franklin Anthony Iero i moje życie uległo diametralnej zmianie…








                                            ♦ ♦ ♦ ♦ ♦ ♦   


  
    25 września 2008 rok. Jesień w tym roku zaczęła się dość szybko. Liście prędzej spadły z drzew, ozdabiając szare okoliczne chodniki w barwy  złote, żółte, rude, czerwone i brązowe. Powietrze było duszne, a niebo zachmurzone. Zbierało się na burzę. Nici z porannego biegania. Witaj plucho, zimny wietrze, błocie i mokry chodniku!

   Sam nie wiem czy powinienem był tutaj wracać. Tyle lat nieobecności, a dom stał pusty tak samo jak i teraz stoi. Wyjechałem, zostawiając tylko stare meble   i ubrania. Teraz wróciłem i nikt mnie nie powita. Cudowne uczucie – mieć kogoś, kto zadbałby o dom podczas twojego pobytu poza państwem, kto martwiłby się o ciebie, płakał przy wyjeździe i radował przy powrocie. Wpadlibyśmy sobie wtedy w ramiona i trwali tak bez końca. Szkoda, że powitały mnie tylko kłęby kurzu i brudu, odkładającego się na meblach przez te wszystkie lata. Sądziłem, że chociaż coś się zmieni. Nie wiem dokładnie co. Na przykład moje rodzinne miasto, ulica, sąsiedzi, cokolwiek! Jakże się myliłem, myśląc w ten sposób. Po powrocie do Belleville zastałem te samą nudną ulicę    z zepsutą lampą koło miejsca parkingowego, – nikt podczas tych 4 lat jej nie zreperował – te same marne domki jednorodzinne z zadbanymi ogródkami, tylko mój wyglądał jak istny busz. Jedyne co mógłbym uznać za jakiegoś rodzaju zmianę jest to, że stara pani Smith zna przeciwka uśpiła swojego psa. W sumie, to dobrze. Mały, nieznośny ratlerek potrafił popsuć humor każdemu. Szczekał niemiłosiernie, rzucał na wszystko co ruszało się szybciej od jego kulawej pani, załatwiał na cudzych trawnikach i jakby tego było mało, moja sąsiadka kategorycznie zaprzeczała wszystkim oskarżeniom o uporczywym pupilu. Uważała, że w większości przypadków jest to nasza wina, a poza tym – jej kochany Digby przecież nie byłby zdolny do takich czynów. To anioł, nie pies. Dobrze, że kochanego Digb’ iego już z nami nie ma. To okrutne, ale prawdziwe.
Wracając do tematu… Żadnych innych zmian, kompletnie nic.

   W sumie nic mnie tu nie trzyma. Relacje z sąsiadami ograniczają się do mówienia dzień dobry i ewentualnie rozmowy o pogodzie. Nie mam żadnej bliskiej mi osoby, przyjaciela, partnerki. Rodziców straciłem w wypadku samochodowym, kiedy miałem 5 lat. Zaopiekowała się mną ciotka, która była dla mnie jedyną kochającą personą. Umarła, gdy osiągnąłem pełnoletniość. Nie znam reszty rodziny i nie jest mi to potrzebne. Belleville i okolice nie są zbyt ciekawe, mało mieszkańców i atrakcji. Jedną z ciekawszych jest chyba tylko mały pałacyk w parku. Stoi opuszczony, ale dla miejscowych władz jest on większym źródłem zarobku. Aby się nie nudzić, turyści zwiedzają owy pałacyk     i wyjeżdżają. Niby cisza i spokój, ale można zwariować. Więc co mnie tutaj jeszcze trzyma? Przecież nie mam żadnych zobowiązań. Powinienem spakować się i wyjechać gdzieś daleko. Kto wie, może nawet poza New Jersey? Czas pokaże. Hm, no właśnie! Czas…




                                              ♦ ♦ ♦ ♦ ♦ ♦



   4 lata na wojnie ostro dały mi w kość. Tułaczka po Azji i poszukiwanie możliwości powrotu do Ameryki to nic w porównaniu z tym przez co musiałem wtedy przejść. Wojna afgańsko-pakistańska rozpoczęła się w marcu w roku 2004. Miałem wtedy 23 lata, byłem pełny werwy i zdeterminowania. Zwerbowali mnie gdzieś koło kwietnia. Nie zastanawiałem się długo nad swoją rolą w tej bitwie. Zginąć za dobro i pokój na świecie – bezcenne. Tak, wtedy jeszcze myślałem, że będę żołnierzem walczącym z wrogami na froncie. Otóż kolejny błąd. W porównaniu do moich zadań, bycie żołnierzem było strasznie  łatwe i bezpieczne. Kim więc byłem? Zostałem specjalnie wyszkolonym adeptem do zadań specjalnych. Gdyby ktoś sporządzał spis moich obowiązków w stanie wojennym, bez wątpienia znalazłyby się tam m.in.: dostarczanie            i transportowanie broni, ładunków, jedzenia, artykułów medycznych, pieniędzy, wszelkiego rodzaju pism urzędowych z jednej bazy do drugiej – tej w obozie wroga. Byłem też „wtyką” – przekazywałem ważne informacje ludziom z rządu  i armii. Musiałem przemieszczać się cicho, niezauważalnie, a w razie potrzeby byłem zdany na własne umiejętności aktorskie. Gdybym, nie daj Bóg, został schwytany i rozpracowany, nie mogłem puścić pary z ust. Także moje życie było jednym wielkim kłębkiem nerwów i skupiskiem niebezpieczeństwa. Odgrywałem ważną rolę w całej wojnie. Po zakończeniu głównej wojny - nie mówię o zamieszkach w stolicy czy okolicznych miastach – mogłem w końcu odetchnąć i opuścić zagrożony teren. Niestety, moja tożsamość nadal musiała być tajna, więc wszystkie dokumenty zostały sfałszowane, na czas dalszych bitew nie mogłem opuścić Azji. Zawsze mogłem zostać powtórnie zwerbowany. Myślałem, że chociaż dostanę jakiś medal, albo coś w tym stylu, ale nic. Ach ten nasz rząd. „Wszystko co dzieje się na terenach wojennych, zostaje w tymże miejscu” – poinformował mnie gen. Joseph Bentley.
Błądziłem więc gdzieś po azjatyckich krajach w poszukiwaniu dostępu do upragnionej ojczyzny. Znaleźli się ludzie, którzy pomogli mi wrócić do New Jersey. Dlatego jestem znów tutaj, w Belleville. Nie muszę walczyć, narażać się na śmierć lub trwałe uszkodzenia ciała. Cisza i spokój. Czegóż chcieć więcej? Ech, to nie dla mnie. Chciałbym się stąd wyrwać, poznać kogoś, poczuć smak prawdziwego życia.  Aktualnie siedzę zamknięty pośród czterech ścian mojego ciasnego domu i rozmyślam nad sensem mojego marnego życia. Czy po tak ciężkich zmaganiach naprawdę nie dane mi jest zaznać szczęścia czy miłości?



                                              
                                            ♦ ♦ ♦ ♦ ♦ ♦



   30 września 2008 rok. Wyjątkowo ciepły i słoneczny dzień w porównaniu do pozostałych. Postanowiłem nie siedzieć bezczynnie w domu przed telewizorem i skorzystać z ładnej pogody. Wyszedłem na spacer po parku. Rozkoszowałem się nieco wilgotnym, świeżym powietrzem. Minąłem stary pałacyk z białego marmury. Trzymał się jeszcze dosyć dobrze, chociaż na miejscu tego – hm - masywnego pana w przyciasnej czerwonej koszulce i śmiesznym kapeluszu, który właśnie robił zdjęcie tejże budowli, nie wchodził bym do środka. Nigdy nie wiesz dokładnie w jakim stanie są zabytki. Wejdziesz, a może się przecież zarwać. No ale za zwiedzenie zamku od środka są większe pieniądze. Pff!
Szedłem tak, zastanawiając się nad stanem ekonomicznym naszego miasteczka, w zamyśleniu. Nie zauważyłem zbliżającego się w moją stronę turysty, który oddalał się, zapewne aby objąć obiektywem zamek w pełnej okazałości. Tak jakoś wyszło, że się zderzyliśmy i on upadł na chodnik.
-Jak chodzisz, baranie!- warknął poszkodowany mężczyzna.
-Przepraszam najmocniej, zamyśliłem się i nie zauważyłem pana- zacząłem- Pomogę panu wstać- zaproponowałem i podałem rękę nieznajomemu.
-Dziękuję- ten wstał, otrzepał się z piasku i odgarnął grzywkę z czoła. Wyglądał na około 30 lat. Czarna bujna czupryna i dziewczęce rysy dodawały mu uroku. Nie był zbyt wysoki, ale na pewno wyższy ode mnie. Ubrany był w ciemne rurki, wytarte trampki i skórzaną kurtkę. Z pewnością nie był tutejszy, turysta. Moja uwaga skupiła się na jego przepięknych zielonych oczach, które teraz wyrażały niepokój i może… Złość? Ocknąłem się i zauważyłem, że mężczyzna roztrzęsionymi rękoma ogląda zniszczony aparat.
-Coś się stało?- spytałem zaintrygowany nowopoznaną postacią.
-Mój aparat…  Musiałem na niego upaść. Obiektyw cały zbity. Niech to szlag,     a przecież niedawno kupiłem!-  mruknął zirytowany.
-Hm, bardzo mi przykro, to moja wina. Gdybym uważał, nie zderzył bym się        z panem. Mogę coś dla pana zrobić?- ukuło mnie głębokie poczucie winy.
-W sumie, to jest jedna mała rzecz.
-Słucham.
-Niedawno się tutaj przeprowadziłem i jeszcze nie znam okolicy…
-Aha, z chęcią pana oprowadzę- uśmiechnąłem się.
-Naprawdę? Dziękuję! No i proszę skończyć z tym” panem”- zachichotał- Gerard Way jestem- podał mi rękę.
-Frank. Frank Iero, miło poznać- uścisnąłem jego dłoń na powitanie. Coś czuję, że szybko złapiemy ze sobą dobry kontakt…


                                     
                                              ♦ ♦ ♦ ♦ ♦ ♦


   Gerard okazał się być świetnym przyjacielem. Jedyna osoba, z którą czuję się komfortowo. Lubimy podobną muzykę, filmy, razem się śmiejemy                         i wygłupiamy. Również jest singlem, mieszkał w Newark i przeprowadził się tutaj po śmierci swojej mamy, którą się opiekował. Taki nowy start. Facet się przede mną otworzył, więc i ja opowiedziałem mu o tym, że byłem na wojnie. Nasze wzajemne relacje pogłębiały się z każdym kolejnym dniem. Razem wychodziliśmy biegać, na spacer, oglądaliśmy mecze w telewizji, wyjeżdżaliśmy na ryby. O tak, obydwoje kochaliśmy łowić. Siedzieliśmy wtedy na pomoście, rozmawialiśmy o różnych rzeczach i popijaliśmy piwo. Było świetnie. Jeszcze       z nikim tak dobrze mi się nie przebywało. Gerard stał się moim kompanem, a ja jego. Nic nie było w stanie zburzyć naszej przyjaźni. No, może poza tą jedną, decydującą chwilą…   


   31 października 2004 rok, Halloween.  Ależ ten czas szybko leci, mam już 27 lat. Tak, ostatni dzień października oraz Święto Duchów to moje urodziny. Nie zamierzałem ich jakoś wyprawiać czy coś. Poza tym, kogo miałbym zaprosić? Przecież nie mam bliższej rodziny ani wielu przyjaciół. Wystarczy mi, że małe dzieci radośnie biegają od domu do domu w przebraniach potworów, prosząc o cukierki. Od razu poprawia mi to nastrój. Kupiłem więc sobie dwie duże paczki słodyczy i udekorowałem dom w specjalnie wycięte dynie, pajęczyny i inne takie dekoracje, aby zachęcać dzieci do przybycia. Wybiła godzina 17:00. Właśnie wychodziłem z łazienki, kiedy dobiegło mnie pukanie do drzwi. „Przebierańcy? Tak wcześnie?”– pomyślałem i poszedłem sprawdzić, kto się tak do mnie dobija. Otworzyłem drzwi, lecz nie zastałem tam dzieci. Ku mojemu zaskoczeniu, w drzwiach stał Gerard z wielką paką i na mój widok krzyknął:
-Wesołego Halloween, Frankie!- nigdy wcześniej nie zdrobnił mojego imienia    w ten sposób. To było… Nawet słodkie.
-Cześć, Gerard! Cóż za miła niespodzianka! Wejdź, proszę- zaprosiłem go do środka. Chłopak zdjął buty i kurkę. Weszliśmy do salonu, gdzie wręczył mi tą dużą paczkę, z którą przyszedł i powiedział:
-Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin!
-O Matko! Pamiętałeś!- odebrałem ciężki pakunek z rąk bruneta i położyłem go na kanapie. Od razu rzuciłem się do otwierania prezentu. W paczce znajdowała się nowiusieńka gitara elektryczna marki Epiphone. Była biała z czarnymi             i złotymi zakończeniami. Les- Paul, bo tak nazywał się ten model, to klasyka pięknego brzmienia i wyglądu połączona z innowacją i nowatorskimi efektami- Gerard, ja… Ja naprawdę nie wiem co powiedzieć- zatkało mnie. Kochałem grać na gitarze i on dobrze o tym wiedział, ale nigdy wcześniej nie wspominałem, że popsuła mi się wcześniejsza gitara. Trafił w dziesiątkę!- Jest świetna, Gee, dziękuję!- tym razem, to ja uroczo zdrobniłem jego imię i rzuciłem mu się na szyję w podzięce. Szybko jednak odsunąłem się od niego lekko zawstydzony całą tą sytuacją.
-Podoba ci się?- spytał, również nieco zażenowany.
-Jeszcze jak! Chodźmy ją przetestować!- zabrałem instrument w rękę                    i pobiegłem do swojego pokoju, gdzie trzymałem czterdziestowatowy wzmacniacz. Podłączyłem do niego gitarę i zacząłem grać. Zupełnie się w tym zatraciłem. Idealne brzmienie, delikatne struny, no po prostu cudo! Gerard patrzył na mnie z zadowoleniem. Niewątpliwie prezent mu się udał. Jednak       w jego spojrzeniu wykryłem coś jeszcze, oprócz zadowolenia i zaciekawienia moją grą. Nie byłem w stanie określić, co to była dokładnie za emocja, ale na pewno pozytywna. Odłożyłem gitarę i jeszcze raz szczerze podziękowałem przyjacielowi za prezent.
-Napijesz się czegoś?
-Poproszę o herbatę- posłał mi ten jego czarujący uśmiech. Nigdy wcześniej tak na niego nie patrzyłem. Teraz dostrzegałem zgrabną sylwetkę, przepiękne kruczoczarne włosy, które dyskretnie zakładał za ucho kiedy czuł się niezręcznie. Jego uśmiech był pełen blasku, głos miał lekki, przyjemny dla ucha. Gdy śpiewał, każda kolejna nutka przepełniona była emocjami. Jego delikatne, niemalże porcelanowe ręce z gracją gestykulowały razem z ich posiadaczem. Czarne włosy i blada karnacja idealnie kontrastowały z głęboką zielenią jego oczu. Były takie tajemnicze, przesłonione falą długich, gęstych, ciemnych rzęs. Zazwyczaj pachniał jak mieszanka dymu papierosowego z bliżej nieokreślonymi, ostrymi, męskimi perfumami. Pomijając już nietypowy wygląd mężczyzny, warto by wspomnieć o jego wspaniałym charakterze. Był po prostu… Idealny. Nigdy wcześniej tak nie patrzyłem na faceta. Zawsze podobały mi się kobiety. Miałem kilka dziewczyn. Krótkie związki, ale utrzymywały mnie w przekonaniu, iż jestem hetero. Co więc się dzieje, kiedy do mojego domu przychodzi taki Gerard Way? Moje zmysły wariują, pragnąc jego bliskości. Rany, chyba się zakochałem. I to we własnym przyjacielu…

  
    Moje urodziny spędziliśmy wyborowo. Oglądaliśmy telewizję, graliśmy           w karty, śmialiśmy się, tworzyliśmy muzykę, rozmawialiśmy o głupotach, raz po raz przerywając nasze zajęcia, aby dać garstkę cukierków poprzebieranym dzieciom. Jak ja kocham Halloween!
-Gee, mam pomysł!- krzyknąłem i wybiegłem z salonu do łazienki, po czym wróciłem do chłopaka z wiklinowym koszykiem.
-Co to jest?- spytał zaciekawiony.
-Jak to co? Farbki do malowania twarzy. Skoro dziś Święto Duchów, to przemalujmy się tak jak małe dzieci!
-Ha ha ha, dobra- zgodził się.
-Ok, to przemaluję cię za zombie- wziąłem do ręki pędzelki i zacząłem malować twarz Gerarda. Byłem wtedy przy nim tak blisko. Tylko kawałek… „Nie, Frank, nie możesz!”- zganiłem się w myślach. Przecież nie mogę popsuć naszej przyjaźni jednym głupim pocałunkiem. Dokończyłem szybko malowanie               i zamieniliśmy się rolami. Cały czas powstrzymywałem się od rzucenia się na Way’ a, który charakteryzował mnie na wampira. Wyglądaliśmy naprawdę przekomicznie. Dorośli faceci z dziecięcymi farbkami na twarzy. Postanowiliśmy oblać moje urodziny. Wypiliśmy może około 7 drinków, dalej nie liczyłem. Były mocne, nie pamiętam już zbyt wiele. Usiadłem koło bruneta na kanapie                i przysunąłem się do niego. Spojrzałem z pijackim uśmieszkiem w jego zielone oczy i powiedziałem:
-Gee, wiesz co?
-Hm?
-Jesteś bardzo przystojny, ale to baaardzo- przedłużyłem ostatni wyraz.
-Tak myślisz?- spytał, wykorzystując sytuację. Wiedziałem, że ma mocną głowę, nie był aż tak pijany jak ja- Ty też jesteś przystojny, Frankie.
-Ach ach, dziękuję- udałem zawstydzonego. Gerard zmniejszył odległość między nami i ujął mój podbródek w ręce. Spojrzeliśmy sobie prosto w oczy, po czym złączyliśmy nasze usta w namiętnym pocałunku. Nie chciałem przerywać, było mi tak dobrze. Usadowiłem się na jego kolanach i ponownie wpiłem w jego usta. Chłopak wstał razem ze mną, nie przerywając bliskości. Oplotłem go nogami w pasie i ruszyliśmy po schodach do mojej sypialni. To był impuls. Człowiek po pijaku robi i mówi różne rzeczy, najczęściej te, które siedzą w nas głęboko i boimy się ich pokazać. Pamiętam tylko tyle, że rzuciliśmy się razem na łóżko i zaczęliśmy ściągać z siebie ubrania. Dalej urwał mi się film. Nazajutrz obudziłem się sam. Obok łóżka znalazłem kartkę z napisem:



„Noc była cudowna, Frankie! Jednak nie powinienem był wykorzystywać tego, że jesteś pijany. Wybacz. Zrozumiem, jeżeli nie będziesz chciał mnie już znać.

                                                                                            Całusy, Gerard”







                                           ♦ ♦ ♦ ♦ ♦ ♦  


     Postanowiliśmy wszystko sobie wyjaśnić. Wyszło na to, że on faktycznie coś do mnie czuje. To była cudowna wiadomość, bo ja też. No i… Jesteśmy razem. To dziwne, ale kocham tego faceta. Czy to by znaczyło, że jestem biseksualny?
Wiem jedno: nie wyobrażam sobie życia bez Gerarda.



       

                                            ♦ ♦ ♦ ♦ ♦ ♦


     5 listopada 2004 rok. Gerard długo nie wracał z pracy, dlatego postanowiłem po niego pojechać. Kiedy dotarłem do tutejszego biura podróży, zastałem mojego chłopaka radośnie śmiejącego się i gestykulującego coś żwawo grupce osób. Wśród nich była wysoka, blada brunetka. Wszedłem do środka                     i przywitałem się z każdym.
-O, Frankie!  Co ty tutaj robisz, skarbie?- spytał Gerard.
-Jak to co? Przyjechałem po ciebie. Już 16:00- oznajmiłem szorstko.
-Naprawdę? Jak ten czas szybko leci. Przedstawiam wam Franka. To mój chłopak- rozpromienił się. Bez problemu przyszło mu oznajmić znajomym, że ma chłopaka.
-Hej! Lindsey jestem, ale możesz mi mówić po prostu Lyn- uśmiechnęła się owa kobieta, którą opisywałem wcześniej. Miała nietypowe rysy twarzy. Czerwona szminka i gruba, czarna kreska dookoła oczu odznaczały się na bladej skórze. Szczupła, wysoka, chociaż nie jestem pewien, bo miała na sobie czarne szpilki. Czarne, długie włosy opięła w niedbały kok. Biała koszula, granatowe, zamszowe spodnie i żakiet w tym samym kolorze opinały i eksponowały jej zgrabną sylwetkę. Była ładna, może niekoniecznie w moim typie, ale                    z pewnością podoba się facetom. Wcześniej nie widywałem jej w Belleville.   
-Lindsey to moja przyjaciółka z Newark. Przyjechała do mnie w odwiedziny. Nie wiem czy pamiętasz. Zanim się zderzyliśmy, robiłem dla niej zdjęcie, a potem już dalej wiesz.
-Być może…
-Potem zniknąłeś mi z oczu. Wiesz jak się o ciebie martwiłam, baranie?!- nakrzyczała na niego.
-Wiem wiem, przepraszam. Wysłałem ci przecież sms’ a- Gee podniósł ręce do góry w geście niewinności. Wyglądało to co najmniej komicznie.
-Dobra, to jest James, to Steve, a to Jennifer- przedstawił mi kolejno resztę osób.
-Cześć- przywitałem się grzecznie, na co odpowiedzieli mi razem niezrozumiałym bełkotem. Tak to jest, jak każdy chce mówić jednocześnie.
-Poradzicie sobie beze mnie?- spytał Gerard.
-Jasne- odpowiedziała mu niższa, pulchna kobieta, zapewne Jennifer.
-Ok, to ja lecę. Do zobaczenia- rzucił, wziął kurtkę i wyszliśmy z biura. Zróżnicowanie temperatur dało się nam we znaki. Szybko wsiedliśmy do samochodu i wróciliśmy do domu.
-Twoi znajomi?- spytałem w drodze.
-Hm, można tak powiedzieć.
-Czyli?
-Lyn to moja przyjaciółka, a reszta to jej kumple z zespołu.
-O! Mają zespół?
-Tak. James na wokalu, Steve gitara, Jennifer perkusja, a Lyn gra na basie.
-Super!
-Takie garażowe granie, na razie- uśmiechnął się i oparł głowę o siedzenie. Był zmęczony. Nic już nie mówił.




                                              ♦ ♦ ♦ ♦ ♦ ♦ 


    Ostatnio rzadko bywał w domu. Częściej wychodził, późno wracał. Nie mieliśmy tak dużo czasu dla siebie jak kiedyś. Po powrocie wydawał się być jakiś taki nieobecny, nie chciał ze mną rozmawiać. Drażniła go nawet moja bliskość, niewinny pocałunek. Częściej „bolała go głowa” lub „był zmęczony”. Kiedyś przez przypadek wziąłem jego telefon i chciałem zadzwonić do pracy. Pomyliłem się, bo mamy ten sam model. Na wstępie zobaczyłem szokującą ilość wiadomości wysłanych do Lindsey i dwa nieodebrane połączenia od niej. Było to dość dziwne i podejrzane, ale ufałem swojemu chłopakowi. No ale ten oczywiście musiał zobaczyć, że mam w ręce jego telefon i od razu na mnie nawrzeszczał, że niby ja przeglądam jego wiadomości i w ogóle, a ja przecież nic nie zrobiłem, nawet nie przeczytałem tych sms’ ów! Oddalaliśmy się od siebie stopniowo. Powodem była najprawdopodobniej owa basistka, ale ja chciałem wszystko naprawić, spędzać więcej czasu z ukochanym. Nie wiedziałem tylko     w jaki sposób mam zacząć…





                                               ♦ ♦ ♦ ♦ ♦ ♦


 
   Nie wytrzymałem. Chwyciłem jego telefon i przeczytałem pierwszą z brzegu wiadomość wysłaną do czarnowłosej.


„Nie mogę się już doczekać naszego następnego spotkania, Misiu ♥ ” 


Następna:

„Gerard: Nie mogę, jadę z Frankiem na zakupy.
Lindsey: Olej tego karła i chodź się zabawić.
Gerard: Dobra, wymyślę coś.
Lindsey: Wiedziałam, że Cię przekonam. No to w takim razie czekam, kochany ♥
Gerard: Pa, ślicznotko ♥ „

  Aż mi się chciało rzygać tym wszystkim. Zrobiło mi się słabo, usiadłem na krześle i szybko odłożyłem komórkę Way’ a na stół. Zakryłem twarz dłońmi         i zacisnąłem mocno powieki, aby nie wydobył się z nich potok łez. „To jeszcze nic nie znaczy. Może to jakieś ich przekomarzania?”- pocieszałem się                  w myślach.
Nagle usłyszałem dźwięk przekręcanego klucza i trzask drzwi. No tak, dorobił sobie klucz do mojego domu. Gerard wszedł do salonu i zobaczył mnie zdołowanego.
-Frank, co się stało?- to nie był już ten sam opiekuńczy ton. Ten wyrażał raczej trwogę i obawę, że coś mogę wiedzieć.
-Nic- przetarłem oczy.
-No przecież widzę, że coś jest nie tak.
-Chcesz wiedzieć, tak?- wstałem, wziąłem jego telefon i otworzyłem na wiadomościach od Lyn.
-Pewnie, że chcę.
- No to co to, kurwa, ma znaczyć?!- pokazałem mu treść sms’ a.
-Frank… Ja…- jąkał się- Zaraz. Czy ty czytałeś moje wiadomości? Może w szafach też mi grzebałeś, co?!- tym razem zaczął groźniej.
-Nie odbiegaj od tematu, Gerard!- zmrużyłem gniewnie oczy.
-Czy ty podejrzewasz mnie o zdradę?
-Mam co do tego pewne powody.
-Nie bądź śmieszny, Frank! Nie mógłbym przecież…
-No to co znaczą te wiadomości, co?- nie odpowiedział- Wiedziałem. Wiesz co? Miałbyś chociaż odwagę mi o tym powiedzieć, jak mężczyzna…
-Jesteś chory! Nie mam żadnego romansu i tak w ogóle, to wychodzę!- trzasnął drzwiami.
-Super! Idź sobie do tej twojej lafiryndy! Wychodzenie z domu i zostawianie mnie samego to genialny sposób na rozwiązanie problemów!- krzyknąłem za nim.













                                              ♦ ♦ ♦ ♦ ♦ ♦


   15 listopada 2004 rok. Najgorszy dzień w moim nędznym życiu.

    Postanowiłem ratować swój związek z Gerardem. Zwolniłem się wcześniej     z pracy i pojechałem po niego. Po drodze kupiłem czekoladki i bukiet różyczek na przeprosiny. Zaparkowałem z tyłu biura podróży i wyszedłem z samochodu. Jeszcze raz powtórzyłem sobie w myśli formułkę, którą układałem całe popołudnie. Wszedłem do środka i spytałem w recepcji:
-Przepraszam, gdzie mogę znaleźć pana Gerarda Way’ a?
-Hm… Tym korytarzem i pierwsze drzwi na prawo- uśmiechnęła się starsza pracownica.
-Dziękuję pani bardzo.
-Ależ proszę- zachichotała, gdy zobaczyła w moich roztrzęsionych rękach czekoladki i bukiet kwiatów. Nie zważałem na to tylko ruszyłem ciężkim krokiem w kierunku wskazanym mi  przez recepcjonistkę. Stanąłem cały zdenerwowany przy drzwiach i już miałem pukać, kiedy usłyszałem przyciszoną rozmowę pomiędzy Gerardem i jakąś kobietą:
-Cholera! On myśli, że ja mam z tobą romans!- krzyknął pierwszy.
-Kto?
-No Frank!
-No i co z tego?
-Jak to co? Lindsey, nasz związek wisi na włosku.
-Nie martw się. Nie on pierwszy i nie ostatni. Poza tym… Dziewczęta są o wiele lepsze…
-Lyn? Co ty robisz?
-Nie widać? Mmmm….
-Lyn, ja… Ja nie mogę- stęknął.
-Cii… Możesz możesz, a w dodatku chcesz…
-Nie mogę, proszę…
-Gee!
-Słucham?
-Chcesz tego, nie ukrywaj- usłyszałem szyderczy chichot- Chcesz?
-Ja…- westchnął- Chcę…- kolejny chichot, tym razem osoby, która właśnie osiągnęła swój niecny cel. Nie wytrzymałem i wszedłem do gabinetu. Z pogardą spojrzałem na całujących się Gerarda i Lindsey. Kobieta patrzyła mi prosto         w oczy i śmiała się szyderczo, a chłopak z przestraszoną miną odepchnął od siebie brunetkę.
-Frankie, to nie tak jak myślisz…- zaczął.
-Nic nie mów. Słyszałem wszystko- wrzuciłem czekoladki oraz kwiaty do kosza usytuowanego obok mnie i wyszedłem z pomieszczenia, uprzednio zamykając    z impetem drzwi. Recepcjonistka spojrzała na mnie ze zdziwieniem, a ja rzuciłem jej tylko krótkie: „dowiedzenia”.  Postanowiłem jeszcze nie wsiadać do samochodu, tylko przejść przez pasy i usiąść spokojnie na ławce obok fontanny. Gdy byłem już na drugiej stronie ulicy, chłopak wybiegł z biura i ruszył w moim kierunku.
-Frank!- krzyknął najgłośniej jak tylko mógł. Stanąłem i odwróciłem się twarzą do niego. Jedyne co zdążyłem zobaczyć, to przepraszający wzrok chłopaka wbiegającego wprost po koło rozpędzonej ciężarówki.
-Gerard!- stłumiony krzyk i ciemność…




                                               ♦ ♦ ♦ ♦ ♦ ♦


 
   Ciągle obwiniam się za jego śmierć. Gdyby nie nasze spotkanie, to zapewne jeszcze by żył. Przecież to ja posądzałem go o zdradę, to ja wybiegłem z biura podróży jak opętany, a on chciał tylko porozmawiać, wyjaśnić. Gdybym się chociaż zatrzymał przed tymi cholernymi pasami, może nie doszłoby do tego. To wszystko moja wina! Czasami zastanawiam się co by było, gdybyśmy się      w ogóle nie poznali. Czy byłbym tym samym człowiekiem? Tak bardzo pragnę cofnąć czas. Wszystko bym wtedy naprawił. Nie dopuściłbym do tego… Jego przepraszające spojrzenie śni mi się po nocach, a ja patrzę na tą samą sytuację cały czas i nic nie mogę zrobić.

Tak bardzo pragnę cofnąć czas…


                                            ♦ ♦ ♦ ♦ ♦ ♦


   Obudziłem się z krzykiem, cały mokry od potu. Za oknem było jeszcze ciemno. Spojrzałem na zegarek – 2:00. Bardzo wcześnie, albo jak w przypadku innych – późno. Choć nie miałem pojęcia, co wyprowadziło mnie z błogiego stanu snu, to wiedziałem, że było to coś potwornego. Przekręciłem się na drugi bok                  i z powrotem pogrążyłem się w sennej, mrocznej otchłani.

    Znowu pobudka. Tym razem godzina 8:00. Już lepiej. Ubrałem się powoli, umyłem i zszedłem do kuchni zrobić sobie śniadanie. Zaparzyłem sobie kawę     i wyszedłem na dwór po gazetę, którą codzienne podrzuca nam osiedlowy goniec. Usiadłem na kanapie, popijając gorący płyn. Spojrzałem na pierwszą stronę gazety i mnie zamurowało. W obawie, że moje ręce nie utrzymają dalej kubka, odłożyłem naczynie na ławę i spojrzałem jeszcze raz. To przechodziło ludzkie pojęcie. To była świeża, dzisiejsza gazeta, a na stronie tytułowej widniała data: 30 wrzesień 2008 rok. Przetarłem ze zdumienia oczy. „To niemożliwe!”- myślałem. Szybko sięgnąłem telefon i sprawdziłem dzisiejszą datę: 30 wrzesień 2008 rok! W kalendarzu to samo. Wybiegłem na ulicę              i zaczepiłem przypadkowego przechodnia:
-Przepraszam pana, który dziś dzień mamy?
-Dzisiaj? Wtorek, 30 września 2008 rok, proszę pana.
-Ach tak, dziękuję panu bardzo- wróciłem do domu zszokowany. Czyżby czas się cofnął? Nie, to niemożliwe! A cała ta sytuacja z Gerardem? Była prawdziwa czy to był tylko zły sen, koszmar? Zerknąłem za kuchenny zegar naścienny – godzina 9:00.
„O tej godzinie wyszedłem na spacer po parku”- starałem się przypomnieć sobie zdarzenia z tego dnia. Wybiegłem z domu do parku, szukając pałacyku.    W końcu dotarłem do miejsca naszego spotkania cały zdyszany. Błądziłem wzrokiem po turystach zwiedzających zamek. Doszukałem się otyłego pana w czerwonej koszulce i śmiesznym kapeluszu, na temat którego wtedy tak zawzięcie rozmyślałem. W końcu znalazłem Gerarda robiącego zdjęcie Lindsey, cofał się w moim kierunku. Przez moją głowę przelatywały tysiące różnych myśli, ale nie miałem czasu na poukładanie ich w tym momencie.
„Dobra, Frank. Chcesz, aby był szczęśliwy? To nie spieprz tego!”- dodałem sobie w duchu odwagi i odsunąłem się od bruneta na bezpieczną odległość tak, aby mnie w ogóle nie zauważył. Zrobił zdjęcie i pokazał brunetce, która coś do niego powiedziała uradowana. Potem złapali się za ręce i ruszyli w głąb parku. Odprowadziłem ich wzrokiem. To bolało. Cholernie bolało. Patrzenie na ukochaną osobę, o której wiesz już wszystko, a która teoretycznie cię nie zna. Lepiej dla nas obydwóch, jeżeli do tego spotkania w ogóle nie doszło.
„Dobra robota, Frank!” - pocieszyłem się i odwróciłem z zamiarem odejścia do domu, lecz przeszkodził mi w tym jeden mały incydent. Nie zauważyłem drobnej, czarnowłosej kobiety stojącej za mną i zderzyliśmy się.
-O Boże!- najmocniej panią przepraszam- pomogłem jej wstać- Nic się pani nie stało?
-Nie, dziękuję za pomoc.
-Ale na pewno?- spytałem z troską- A tak w ogóle, to Frank jestem.
-Na pewno, wszystko jest w porządku. Nazywam się Jamia, miło poznać… 


----------------------------------------------------------------------------
Na razie robię sobie krótką przerwę na pozbieranie myśli. Dużo się ostatnio dzieje w moim życiu i muszę to sobie trochę ogarnąć. Ale nie zawieszam bloga ani nic, nie lubię tego określenia: "zawieszam". To tylko taka mała przerwa. Poza tym, mam już pewien pomysł na nowe opowiadanie, ale potrzebuję czasu. Także do zobaczenia niedługo <3

PS "Czas - bez­li­tos­na pot­worność. Lecą godzi­ny, dni, ty­god­nie, bez znacze­nia i wa­gi, aż rap­tem se­kun­da i oka­zuje się, że nie sposób jej cofnąć, nie sposób wymazać" ~ Aleksander Minkowski